fbpx

Ola i Krzysiek

Jaworki, 20.06.2020
Droga do Jaworek prosta nie była. Mapa pokazywała wprawdzie jedyne 4,5 godziny, ale i tak zdecydowałam się rozbić moją podróż na dwa dni. Podekscytowana moim drugim tegorocznym ślubem, z wrażenia nie mogłam zasnąć i nie pomógł nawet cudny Kraków w którym się zatrzymałam. Z Olą i Krzyśkiem, którzy już dzień wcześniej pojawili się w Jaworkach byłam na łączach cały czas i co jakiś czas połączenie się rwało to i w ich głosach słyszałam ekscytację. Ich ślub i małe przyjęcie weselne było zupełnie nowym typem “weselnych uroczystości” niż te, które miałam przyjemność do tej pory fotografować.

 

Auto gotowe, pasy zapięte, kawa pięknie pachnie, ale…czy ja jadę w dobrą stronę?

Ta myśl, czy jadę w dobrym kierunku towarzyszyła mi przez całą drogę. W głowie miałam tysiące historii fotografów, którzy pojechali owszem do miejscowości o właściwiej nazwie, ale…na drugim końcu Polski. Deszczowa pogoda też nie ułatwiała podróży, kilkakrotnie krążyłam po naszych wspaniałych drogach szybkiego ruchu i nielicznych autostradach. W końcu jednak wjechałam w “jakieś” góry, mając nadzieję, że  “to te właściwie góry”. Nawigacja co jakiś pocieszała mnie, że do celu zostało jeszcze…30…20…10…minut. Gdy w końcu podjechałam pod podany przez młodych adres, odetchnęłam. Podróż trwała o jakieś 1,5 godziny dłużej niż wraz z nawigacją zakładałyśmy, ale nie ma tego złego!

 

W środku tajfunu

Tak właśnie się czułam gdy tylko wysiadłam z auta i zaczęłam szukać między domkami młodej pary. Na ślub i małe przyjęcie weselne było zaproszonych tylko 30 osób (wraz ze mną), a miałam wrażenie, że ludzi jest tam co najmniej ze 100. Świadkowa – Karolina – sprawnie nadzorowała ostatnie przygotowania w sali kominkowej, w której miało się odbyć wesele. Latałam między pokojami, witając się co chwila ze znajomymi – było to już kolejne wesele z tą samą ekipą, dlatego czułam się jak wśród dobrych przyjaciół. Świetnych humorów nie psuł nawet deszcz, który leniwie sobie padał przez cały dzień.

 

Ślub w dawnej greckokatolickiej świątyni i małe przyjęcie weselne w domku

Uroczystość ślubna odbyła się w cudownym, historycznym kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Pośredniczki Łask w Szlachtowej. Budynek wyróżniał się na tle innych parafii ze względu na swoją historię. Aż do początku lat 50 XX wieku była to świątynia greckokatolicka, w której modlili się m.in. Łemkowie. Po wzruszającej mszy, na której ksiądz podkreślał rolę nie tylko miłości między zakochanymi, ale również przyjaźni, Ola, Krzysiek i ich goście udali się na weselny obiad.

 

A po obiedzie…rach, ciach, zrzucamy wesele ciuszki i…

…I bawimy się już w luźnej atmosferze! Młodzi zaplanowali, że po ślubie odbędzie uroczysty obiad w restauracji, a dalszą część zabawy przeniosą do jednego z domków.  Wszystko przygotowali sami. Byłam pełna podziwu jak zręcznie lawirowali między gośćmi jednocześnie zapewniając im strawę i doskonałą zabawę, w której sami aktywnie uczestniczyli. Duża w tym zasługa rodziców Młodej Pary, ale też ich przyjaciół i świadkowej Karoliny, która była i wodzirejką i dj’ką i doskonałą organizatorką wszelakich zabaw.  Mimo deszczowej pogody, atmosfera była tak gorąca, że kilku gości zdecydowało się na kąpiel w stojącym przed domkiem basenie, ale to już historia na inną opowieść…;)