fbpx

Kasia i Patryk

Piekrzykowice k. Strzelina, 12.10.2019
Plener ślubny miał dwa terminy. Pierwszy pokrzyżowała nam pogoda. Za drugim razem aura wyjątkowo nam sprzyjała, ale nie obyło się bez paru niespodzianek.

 

Godzina 13.00. Wyjazd. Miejsce spotkania to samo, co w maju. Słońce wysoko, ale grzeje już z inną mocą niż parę miesięcy temu, kiedy czekałam na Kasię i Patryka, by wykonać dla nich sesję narzeczeńską. Wtedy w głowie kłębiły się różne pytania, które z biegiem czasu, same znalazły odpowiedź. Zmiana terminu wymusiła też zmianę miejsca, w którym plener ślubny miał się odbyć. Nie martwiliśmy się jednak zbytnio, ponieważ nowe lokalizacje były równie atrakcyjne.

 

Niespodzianka numer 1, czyli jak my tam mamy dojechać?

 

Po przyjemnej podróży, pełnej poweselnych anegdot, które pojawiały się równie często jak kolejne zakręty, dojechaliśmy do upatrzonego przez Młodych jeziora. Zmieniająca kolor woda, otoczona lasem, rozlewała się aż po horyzont. Byliśmy zachwyceni. ALE! Wcale nie tak łatwo było znaleźć dobry podjazd do brzegu. Objechaliśmy jezioro prawie dookoła, ale niestety, wszędzie były ogrodzenia. Dopiero gdy podjęliśmy ryzyko wjechania w drogę, której nie wolno było przebyć autem, znaleźliśmy się parę metrów od spokojnie falującej wody.

Słońce wciąż świeciło, ale im dalej byliśmy od Wrocławia, tym więcej chmur je przesłaniało. Dało to niesamowity efekt i udało się uchwycić na zdjęciach jezioro, które na naszych oczach zmieniało kolor w zależności od ilości padających na nie promieni. Delikatny wiatr spokojnie zmieniał kąt padania światła. Dzięki takiej pogodzie powstały zdjęcia Kasi i Patryka ze zmieniającym kolory jeziorem w tle.

 

Niespodzianka numer 2, czyli miesiąc temu tutaj tego nie było!

 

Drugim punktem miał być stary holenderski wiatrak, który Kasia i Patryk mijają za każdym razem, gdy jadą do domu rodzinnego Patryka. Już oczami wyobraźni widziałam te wspaniałe kadry Młodej Pary z urokliwym krajobrazem w tle. Z niecierpliwością czekałam na moment, aż ujrzę tę wyjątkową budowlę. Jakież było moje i Ich zdziwienie, gdy ów wymarzony przez Młodych wiatrak był ogrodzony wielkim drewnianym płotem. Ewidentnie był to plan budowy czegoś – może zajazdu, restauracji albo hotelu? Z naszego pomysłu nici, ale Kasia nie byłaby Kasią, gdyby nie miała drugiego takiego wiatraka w zanadrzu! Zawróciliśmy więc i udaliśmy się do kolejnego upatrzonego miejsca.

 

Niespodzianka numer 3, czyli, do bramy dojdziesz, dalej nie przejdziesz

 

Jadąc pod górkę, na której stał kolejny wiatrak, zadawałam sobie głośno pytanie, czy i tym razem pocałujemy klamkę. Skoro tamten był ogrodzony, a ten stoi tutaj o wiele dłużej, to pewnie jakiś sprytny biznesmen albo miłośnik górskiego krajobrazu już zarezerwował to miejsce tylko dla siebie. Niestety dla nas, miałam rację. Mogliśmy jedynie przez drucianą siatkę popatrzeć na piękny, stary wiatrak, z którego ktoś zrobił sobie dom. Trochę przypominał mi domek Muminków, troszkę starą latarnię morską. Dookoła były ogródki warzywne, piaszczysty podjazd ciągnął się aż na sam szczyt. Pod samiutkie drzwi. Po krótkiej przerwie na ciasto i łyk wody, musieliśmy zadowolić się samą naturą, która – na szczęście – nie była od nas odgrodzona i wręcz kusiła, by zniknąć we wczesnojesiennym lasku, znajdującym się tuż obok zamkniętej na kłódkę posesji.

 

Niespodzianka numer 4, czyli czy Ty widzisz to drzewo?!

 

Gdy już wracaliśmy i zostawialiśmy za sobą jezioro, wzgórza i zachodzące słońce, Patryk zabrał nas w jeszcze jedno miejsce. Ogromne pole, do którego się zbliżaliśmy przedzielone było wydeptaną przez ludzi i maszyny polną drogą. W połowie tej drogi rosło drzewo. Jedno. Wielkie i dumne. Pamiętając drzewo z sesji narzeczeńskiej, nie mogłam nie zrobić Młodym podobnego ujęcia. Było ono niejako lustrzanym odbiciem tego majowego. Zdążyliśmy jeszcze złapać ostatnie promienie wrześniowego słońca. Przestrzeń, pole, drzewo i my. Ostatnie promienie słońca odprowadzały nas do samochodu.

 

Zobacz także:

Kasia i Patryk

Kasia i Patryk