fbpx

Ewa i Grzegorz

Starachowice, 24.08.2019
W ostatnim czasie przemierzyłam pół Polski – od Boboszowa, przez Wrocław, do Świętokrzyskiego. Sierpień buzował od miłości Młodych i radości Ich bliskich. Ślub Ewy i Grzegorza to dokładnie cztery miejsca: dom rodzinny Grześka, mieszkanie mamy Ewy, kościół Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Starachowicach oraz Modrzewiowy Dworek w Mircu.

 

 

Ze Starachowic do Tychowa Nowego, z Tychowa Nowego do Starachowic

 

Takiego rozrzutu, jeśli chodzi o przygotowania Młodej Pary, jeszcze nie miałam. Ewa szykowała się w swoim rodzinnym mieszkaniu na jednym ze starachowickich osiedli, a Grzesiek u siebie – w Tychowie Nowym. Obie miejscowości dzieli odległość około trzynastu kilometrów. Może to niewiele, ale w momencie, gdy wszystko jest obliczone co do minuty, nawet tak niewielki dystans może okazać się problematyczny. Gnałam więc co sił, uważając jednak i na siebie, i na leżący na siedzeniu obok sprzęt.

Nie wiem, jak to się stało, ale w obie strony mój szaleńczy wyścig z czasem został spowolniony przez…zamknięty przejazd kolejowy. Do Ewy wbiegłam na jednym tchu (niestety, nie był to parter). Na szczęście do ślubu było jeszcze sporo czasu, a kościół znajdował się dosłownie trzy minuty na piechotę od domu Panny Młodej.

Droga do kościoła bardzo mnie wzruszyła, ponieważ mieszkałam na tym osiedlu, kiedy byłam dzieckiem. Dzieliło nas zaledwie kilka bloków, ale plac zabaw, widoki z okien i szkoła były te same. Z mocno bijącym sercem przechodziłam obok miejsc, w których spędziłam najlepsze lata swojego dzieciństwa.

Byłam mile zaskoczona, bo okazało się, że mszę będzie celebrował ksiądz Andrzej.  Kiedyś pracował w tej parafii, a obecnie jest jej proboszczem. To kolejny powrót do mojego dzieciństwa. Pamiętałam jego kazania, więc o samą uroczystość i podkreślenie jej wyjątkowości przez księdza byłam spokojna.  Po ślubie przed świątynią spadł na nas deszcz baniek mydlanych, które pięknie mieniły się w promieniach sierpniowego słońca. Kolejny przystanek – Modrzewiowy Dworek w Mircu.

 

Modrzewiowy Dworek i moc atrakcji

 

Po życzeniach szybko wsiadłam do samochodu, by jako jedna z pierwszych dotrzeć do Mirca (około dwanaście kilometrów od Starachowic). Tam znajduje się ukryty wśród drzew Modrzewiowy Dworek, w którym miało odbyć się wesele. Rodzice już czekali z chlebem i solą. Co chwila podjeżdżały kolejne auta. Wreszcie pojawili się Oni – Ewa i Grzegorz, powitani przez gości salwą złotych płatków, które wystrzeliły w idealnym momencie.

Oprawa wizualna uroczystości była imponująca, a dla mnie była także wyzwaniem: bańki mydlane, napis LOVE, zimne ognie, ciężki dym, tuby ze złotymi płatkami. Miałam naprawdę sporo roboty, by zrobić zdjęcia, które oddadzą wyjątkowy nastrój tamtego dnia i tamtej nocy. Szczególnym momentem było zapalenie zimnych ogni. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ fotograf ma do wykorzystania przede wszystkim światło palących się ogników. Na szczęście Młodzi zorganizowali dłuższe ognie, dzięki czemu miałam czas na dobre ustawienie parametrów.

W Modrzewiowym Dworku zachwycała zewnętrzna elewacja budynku i cudownie odrestaurowana weranda. Zresztą, cały teren był doskonale przygotowany. Udało się znaleźć przestrzeń przy jednej ze ścian budynku i wykorzystać pięknie ułożone drewniane deski. To miejsce wybrałam na zdjęcia rodzinne i portrety Młodej Pary.

 

Zobacz także:

Ewa i Grzegorz